A k t u a l n y
r e p e r t u a r

 




W k r ó t c e

 

 

O f e r t a  d l a  s z k ó ł

 

 

 

 

C e n y   b i l e t ó w

 

 

Rezerwacja   biletów
kasa@galeria.czest.pl

 

 

Jesteś gościem...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

25 lat Ośrodka Kultury Filmowej.

 

 

 

25 lat temu, w marcu 1989 roku,
powstał Ośrodek Kultury Filmowej.

 


        Wśród jubileuszowych propozycji znalazły się m.in. cykl 5 x 25 x 5, czyli 5 filmów na 25-lecie po 5 zł, Karta Stałego Widza, wystawa plakatów, publikacja wspomnień i anegdot …
        A w październiku odbędzie się I GIEŁDA FILMOWA.



25 października 2014, godzina 12.00 – 20.00



        Proponujemy spotkanie miłośnikom filmu i kolekcjonerom. Mamy nadzieję, że giełda będzie świetną okazją do wymiany lub poszerzenia swoich zbiorów: książek związanych z tematyką filmową, plakatów kinowych, filmów DVD czy płyt z muzyką filmową, scenariuszy, fotosów z filmów, czasopism filmowych, gadżetów, czy autografów….generalnie wszystkiego, co jest związane z filmem i kinem.
        Wstęp wolny. Zapraszamy...





        Nasz jubileusz to znakomita okazja, żeby podziękować widzom za ich niezmienną obecność i lojalność wobec OKF, a także za wszystkie wspomnienia i anegdoty, które do nas dotarły. Serdecznie dziękujemy. Nadesłane anegdotki zamieszczamy poniżej:

        Film zrealizowany na 25-lecie OKF - obejrzyj.

        Sonda uliczna CO TO JEST OKF? - obejrzyj.



ANEGDOTKI i WSPOMNIENIA nadesłane przez widzów ( pisownia oryginalna )
        


        Właściwie cały czas się przekonuję, że OKF to nie miejsce świadczenia usług, gdzie wyświetla się filmy, ale prawdziwe kino z duszą, gdzie wszyscy czują się dobrze, a historie i anegdoty rodzą się same z siebie. Oto przykład najnowszy: niedziela, godzina piętnasta, kilkanaście osób czeka na seans „Niebiańskich żon Łąkowych Maryjczyków”. Seans rozpoczął się wyświetleniem zestawu obowiązkowych reklam dotyczących Sieci Kin Studyjnych oraz sieci Europa Cinema. Właśnie – tylko wyświetleniem, bo kolejne obrazy przebiegały nam przed oczami w niczym niezmąconej ciszy. Niektórzy zaczynają się troszkę nerwowo kręcić, bo ktoś jednak powinien pójść do kabiny z interwencją. Ale w sumie sytuacja była dość zabawna - no cóż, zdarza się, operator się zagapił, sam ma odsłuch w kabinie, więc nie zwrócił uwagi na fakt, że na sali dźwięku nie ma. Po chwili okazało się, że nie tylko ja czuję się jak w niemym kinie, w którym zabrakło taperki, bo oto z dobiegł mnie dobitny głos z sali: „A gdzie jest pianista ?
        jtm
        
        
        Zbliżała się kolejna rocznica ślubu, a mój mąż był w podróży. Chcąc mi zdekompresować swoją nieobecność obiecał, że spełni moje życzenie.. Wybrałam lody i film, który razem obejrzymy – „Koneser”. Mąż, nie wiadomo dlaczego, nie chciał obejrzeć tego filmu. Wymyślał różne preteksty. Ja zaś przeciwnie – bardzo chciałam. Nie miałam już innych argumentów „za”, ale nagle błysnęła mi myśl – poproszę osoby pracujące w ILUZJI o pomoc. To był strzał w „10”. Panie również były za pójściem na ten film. Mąż ciężko przełknął gorzką pigułkę, ale poszliśmy na „Konesera”. Dopiero po miesiącu zaczął opowiadać o WSPANIAŁYM jego zdaniem filmie – o „Koneserze”.
        Blondynka + -
        
        
        Myśląc o tej niszowej formie kina, przy obecnej globalizacji i nasileniu różnorodnych mediów zawsze rodzi się sentyment i w wyobraźni pojawia się natychmiast " dobry film". Jest to miejsce które wybieramy ze znajomymi, kiedy wspólnie chcemy pójść do kina. Tutaj na pewno będzie film o którym możemy długo rozmawiać jak „Wiarołomni”, „Coco Chanel”, „Mała Moskwa”, ale też film po którym wszyscy przez pół godziny milczeliśmy „Ludzie Boga”. Różnorodna tematyka i zagadnienia zarówno społeczne jak i psychologiczne, zawsze można coś wybrać. OKF to miejsce spotkania przyjaciół, oraz znajomych czasem nawet takich, których nie widziało się latami. Tutaj zawsze była swojska atmosfera, chociaż nie było popcornu, coli i innych takich rzeczy, ale kiedyś przed wejściem spotkałam mojego kolegę, który przyjechał z kubkiem herbaty, gdyż nie zdążył wypić w domu po pracy, a był to ostatni dzień gdy grany był film z Penelope Cruz i stwierdził że musi zdążyć, a tutaj on czuje się jak w domu. Wtedy uświadomiłam sobie, że w fotelu tego kina można czuć się jak w domowym fotelu i to jest dla mnie takie ciepłe kino, z atmosferą.
        Inne doświadczenie tego kina, to z młodzieżą podczas zajęć systematycznych w ramach - Nowych Horyzontów Edukacji Filmowej- gdzie musiałam się przed pierwszymi zajęciami zderzyć z ich sprzeciwem (bo nie ma popcornu, coli i innych) ale po pierwszych zajęciach im się zmieniło i mam nadzieję, że to ziarenko zaowocuje, mało już u niektórych owocuje, szukaniem filmów wartościowych, wymianą poglądów a czasem wręcz sprzeczkami na temat oglądanych filmów. Dzięki tym zajęciom zobaczyłam ich inne oblicza, jak sobie radzą w nowych sytuacjach, jak są świetnie prowokowani do poszukiwań czegoś nowego, do obrony własnego zdania, może innego niż reszty. OKF jest kinem, z którym mam tylko dobre wspomnienia, ciepłe wspomnienia. Cieszę się, że jesteście i dziękuję, że jesteście. Życzę wszystkim pracownikom samych sukcesów w ich pracy i następnych jubileuszy.
        Zofia Szymonik
        
        
        Jestem osobą młodą, mam 28 lat a OKF obchodzi swoje 25 urodziny.
        Jednak kino studyjne mieszczące się w Częstochowie jest mi bardzo bliskie. Panuje tam niesamowita atmosfera, nietuzinkowy klimat. Dla mnie cechą charakterystyczną częstochowskiego OKF są postacie siedzące na krzesłach, przypominające trochę jakby aktorów z horrorów ale posiadające niesamowity urok.
        Od liceum bardzo często uczęszczam do OKF na projekcje filmowe, których nie znajdę w komercyjnym kinie a które chwytają za serce i na długo pozostają w pamięci i w głowie.
        Niedawno byłam w OKF ze swoim narzeczonym, na całej sali kinowej byliśmy sami. Później dołączyła jeszcze jedna Pani, która powiedziała, że sama by na sali nie została, bo te siedzące na krzesłach postacie tworzą troszkę mroczą atmosferę. W duchu przyznałam jej rację. Jednak nie wyobrażam sobie kina OKF bez tych charakterystycznych, strasznych panów zasiadających na krzesłach podczas każdego seansu.
        Mijają lata, świat się rozwija, następuje postęp cywilizacyjny – i w kinie OKF dokonała się rewolucja, kino wychodzi do widza, organizowane są seanse dla seniorów, dla maluchów.
        Dla mnie OKF będzie zawsze kojarzył się z kinem osadzonym trochę w innym wymiarze czasowym, będzie jakby takim mostem do czasów moich dziadków i rodziców.
        Kocham OKF za dobór repertuaru , który ma głębsze znaczenie dla widza, posiada drugie dno a przy tym także śmieszy i bawi.
        Dla mnie OKF jest bezpieczną przystanią , gdzie mogę uciec przed tak biegnącym ciągle do przodu światem i schować się w ramionach kinematografii.
        Nie wiem czy to bliskość znajdującego się kiedyś w podwórzu lokalu Cepelia ,gdzie jako dziecko miałam komunię, czy właśnie ten niepowtarzalny klimat OKF sprawiają, że nie wyobrażam sobie Częstochowy bez ego kina i nieustannie, wytrwale do niego wracam.
        Żaklina
        
        
        Z Okaefem wiążą się dla mnie trzy fajne wspomnienia-migawki. Pierwsze to wspomnienie kinomana, drugie – współorganizatora Festiwalu „Czytaj!”, trzecie – ojca małoletniego (bardzo) syna. To znaczy – mam też dużo innych, spędziłem tu przecież niemało czasu, ale akurat te trzy są bardzo „filmowe”, nieźle by się nadawały na studenckie etiudki….
        Migawka pierwsza: przegląd niezależnego kina irańskiego, chyba z dziesięć lat temu. Bardzo chciałem dotrzeć na jeden z filmów; z powodów, których już nie pamiętam – nie udało się. Ale wiem, ze był mój kolega Artur, którego zaraz nazajutrz pytam o wrażenia. Po mocno emocjonalnej opowieści na temat filmu, kiedy coraz bardziej żałuję, że jednak nie przyszedłem, zadaję zwyczajowe pytanie: „Dużo ludzi było?”. Artur, z właściwą sobie powściągliwością, odpowiada, że nie bardzo dużo. Ja, jak zwykle ciekawski, dopytuję dalej: „To znaczy ile?”. Artur spokojnie i bez emocji już: „No ja byłem………”. Okaefie!!!! Częstochowa dziękuje za kino studyjne, w którym daje się seans, bo jedna osoba chciał go obejrzeć!!
        
        Wspomnienie drugie, znacznie ciekawsze dla postronnych widzów, dla mnie – nie takie miłe, choć z perspektywy czasu – śmieszne. Trzecia edycja Festiwalu Dekonstrukcji Słowa „Czytaj!”, dzięki przychylności i uprzejmości Obu Wspaniałych Rezydentek Tego Niezwykłego Miejsca (czyli Pani Iwonie i Pani Małgosi) – gościmy tam z pokazem filmu. Tym razem to „Kronika wypadków miłosnych” Wajdy na podstawie powieści Konwickiego. Do wygłoszenia czegoś w rodzaju prelekcji proponujemy Ewelinę z ROK-u, a na drugą osobę (wiedziony pewnie chęcią łatwego gwiazdorstwa) – zgłaszam się sam… W końcu jestem od 15 lat nauczycielem, mówienie publiczne to dla mnie nic nowego i trudnego. I kiedy staję przed nie tak znowu liczną publicznością, kiedy zdaję sobie sprawę, że w ferworze festiwalowym nie przygotowałem się jak należy, nagle czuję, że ogarnia mnie takie przerażenie i taka trema, że zwyczajnie mnie zatyka i czuję, ze nie wiem, co mówić! Magia wielkiego ekranu zrobiła swoje, po raz kolejny czuję, że tenże ekran ma w sobie moc, jakiej gdzie indziej nie uświadczę… Na szczęście jest Ewelina, która (w przeciwieństwie do mnie) przygotowała solidną wypowiedź, ratując mnie przed wstydem. Pokłony i szacunek dla prowadzących prelekcje w ramach NHEF! I głęboka nadzieja, że Festiwal „Czytaj” nie stracił przeze mnie w oczach Okaefu.
        
        Trzecia historyjka, najkrótsza i najprzyjemniejsza, bo tu wykazałem się błyskotliwością, choć tylko przed własnym dzieckiem. Na pytanie Filipa „Tatusiu, dlaczego w tym jest tylko jedna sala i nie ma popcornu?”, odpowiadam bez zastanowienia: „Bo to JEST kino, synku”. I niech ten mój przebłysk inteligencji będzie tu puentą. Dzięki, Okaefie, że jesteś.
        Tomasz Florczyk, polonista
        
        
        Z Ośrodkiem Kultury Filmowej w Częstochowie jestem związana w potrójny sposób.
        1. Prywatnie, z uwagi na fakt, że od lat, zwykle właśnie w tym kinie, wspólnie z mężem oglądamy filmy. Nie ma wprawdzie wygodnych foteli, ale jest niepowtarzalny klimat kameralnego miejsca , a prezentowany repertuar zmusza do przemyśleń, refleksji, subtelnie bawi, uczy i relaksuje. Znaleźć można produkcje mainstreamowe, jednak w większości jest to kino ambitne, niekomercyjne, często nagradzane na wielu prestiżowych festiwalach.
        2. Służbowo, bo od początku wspólnie z uczniami szkoły, w której jestem nauczycielem, uczestniczę w projekcie Filmoteka Szkolna. Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej . Cykl filmów prezentowany w jego ramach uczy młodego widza przede wszystkim właściwego zachowania podczas odbioru tego rodzaju sztuki, bohaterowie dają dobry wzór do naśladowania, a fabuła obrazów charakteryzuje się wysoką wartością edukacyjną.
        3. Uczuciowo, ponieważ można spotkać tu, trzech fantastycznych widzów, siedzących zawsze na tych samych miejscach. Panowie ci , przed każdym seansem są pierwsi i oglądają projekcje, w godnym naśladowania, wielkim skupieniu i ciszy. Z okazji Jubileuszu, życzę wspaniałych, przepełnionych, podobnie jak dotychczas, fantastycznie dobranym repertuarem, kolejnych dwudziestu pięciu lat.
        Anna Warzocha
        Nauczyciel SP 47 w Częstochowie,
        Doradca metodyczny SOD

        
        
         Nie pamiętam jaki pierwszy film oglądałem w OKF'ie. Pamiętam, że kolejna z randek z moją żoną odbyła się właśnie w OKFie. Był to film Almodovara - Zwiąż mnie. Była to jedna z naszych pierwszych randek. Bardzo lubiliśmy z moją miłością filmy tego reżysera więc postanowiliśmy się wybrać właśnie na ten tytuł. Nie widzieliśmy go wcześniej. Sceny, które widzieliśmy w filmie wywołały wiele uśmiechu i nieśmiałe dotyki - jak to bywa na pierwszych randkach. W filmie było wiele scen które wprawiały nas w zakłopotanie. Do tej pory wspominamy naszą randkę w OKF-ie i przy każdym kolejnym filmie który oglądamy u państwa śmiejemy się jacy byliśmy wtedy nieśmiali. Taka krótka historia Ości i Kości :)
         Robert "Ość" Jasiak
        
        
         Kiedyś, po pokazie filmu "Pręgi" miało się odbyć spotkanie z Magdaleną Piekorz i Michałem Żebrowskim... Przyszłam z wielką ciekawością do OKFu, zajęłam sobie taktyczne miejsce gdzieś pod koniec sali, a już w czasie seansu dosiadła się obok jakaś para. Nie dość że hałasowali jakimiś filiżankami (?) i łyżeczkami to jeszcze gadali i śmiali się w dość dziwnych momentach. Byłam oburzona jak można tak się zachowywać na TAKIM filmie ??? Po zapaleniu świateł na sali, okazało się że siedzieli koło mnie goście -pani reżyser i główny aktor.
         Ewa L.
        
        
         W dniu kiedy OKF prezentował BLASZANY BĘBENEK w reż. Volkera Schlöndorff`a teoretycznie nic wyjątkowego nie miało się wydarzy, a jednak... Trzeba tu wspomnieć, że był to rok 1990, dystrybucja filmów odbywała się inaczej, a wspomniany tytuł był wypożyczony z Ambasady Niemiec w Warszawie. Nie muszę dodawać, że kopia filmu była w wersji oryginalnej mocno wyeksploatowana i wielokrotnie taśma filmowa była sklejana. W dniu projekcji lektor czytający listę dialogową, musiał się zmierzyć z kilkakrotnie zrywającym się filmem a w konsekwencji w ostatnich 3 minutach projekcji z brakiem możliwości wyemitowania filmu do końca. Nastąpiło streszczenie przez lektora ostatnich sekwencji. Publiczność przyjęła ten fakt ze zrozumieniem, mając na uwadze okoliczności sprowadzenia kopii i jej stanu technicznego. Lektor wykazał się zmysłem filmowym a publiczność ( OKF-u dużym zaangażowaniem ) wysłuchała tego co reżyser miał w finale na myśli....
         Krzysztof Bartnik
        
        
         Pamiętam jak pierwszy raz poszłam do OKF na film, spóźniłam się nieco nie było wtedy za dużo widzów, usiadłam i czułam na sobie spojrzenie faceta siedzącego za mną solidnej postury. I wtedy pomyślałam o mojej torebce i przyciągnęłam ją bliżej siebie. Oglądając film cały czas myślałam o tym facecie. Jakież było moje zdziwienie gdy po zakończeniu seanu zorientowałam się , że to manekin i ze nie jest sam w tym kinie. A ponieważ ja najbardziej lubię iść sama do kina, bo wtedy mogę się skupić na filmie więc wracając z seansu śmiałam się do siebie jaka jestem naiwna i jak pozory mylą.
         Alicja Maślarz
        
        
         W latach 90-tych w OKF odbywało się sporo przeglądów filmowych, replik festiwali i pokazów przedpremierowych. Jak co roku, zaplanowaliśmy jesienią replikę Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jednym z tytułów, które nie miały jeszcze premiery kinowej, był film Eugeniusza Priwieziencewa, nieżyjącego już, niestety, aktora, który debiutował jako reżyser obrazem pod tytułem PROSTYTUTKI. Od paru dni prowadziłam telefoniczne rozmowy ze Studiem Filmowym TOR, gdyż na przedpremierę potrzebna była zgoda producenta i reżysera.
         Któregoś dnia, sekretarka ówczesnego BWA, w którego strukturach działał OKF, odebrała telefon :
         - Dzień dobry. Państwo zamawialiście PROSTYTUTKI ?
         Po chwili milczenia, padło pełne oburzenia zdanie :
         - Ależ proszę pana, my jesteśmy instytucją kultury i na pewno nie korzystamy z tego typu usług !
         Małgorzata Stasikowska-Lis
        
        
         Nie wiem, czy kiedykolwiek na jakimś kierunku humanistycznym powstanie praca (magisterska?, doktorska?) na temat: „Broszury OKF a budowane świadomego odbioru sztuki filmowej”, ale jeśli tak się stanie, to niniejsze wspomnienie może być do tego przyczynkiem. Trudno bowiem zaprzeczyć, że broszury są jednym z elementów tożsamości tego kina i świadczą o jego niepowtarzalnym charakterze. Budują tez relacje z widzami (wszyscy korzystają z broszur!).
        Nie pamiętam początków broszur w OKF, po raz pierwszy zetknęłam się z nimi, gdy miały niezwykle oryginalną formę graficzną. Projektowała je, jak się później dowiedziałam, zatrudniona w OKF graficzka Ewa Pomorska. Prototyp broszury powstawał z zastosowaniem metody twórczej, spopularyzowanej za sprawą Wisławy Szymborskiej – kolażu z wycinków prasowych, ułożonych w ciekawe kompozycje. Wycinki dotyczyły oczywiście tylko filmów. Prototyp powielany był na ksero, dzięki temu broszury, w kontrastowych czarno-białych barwach, miały nieco ekspresjonistyczny wygląd. Czy były to broszury z miesięcznymi repertuarami, czy dotyczyły wybranych, większych wydarzeń w OKF – dziś już nie potrafię powiedzieć. Mam nadzieję, że zachowały się choć niektóre egzemplarze.
        Najpopularniejsze jednak broszury programem na miesiąc nie miały może zbyt wyrafinowanej formy, ale do nich najbardziej przywykli widzowie. Zwykła kartka A4, składana na trzy, tekst dwustronnie drukowany, w kolumnach. Na pierwszej stronie – zawsze ramka z programem, wewnątrz – informacje podstawowe o twórcach, kraju produkcji i czasie trwania filmu oraz krótkie opisy filmów. Tu jednak warto odnotować pewne zmiany merytoryczne. Przez pewien czas broszury, zamiast streszczeń filmów, oferowały mikro-recenzje do nich, a każdą z broszur otwierał artykuł wstępny uzasadniający wybór filmów, temat i przesłanie przeglądów filmowych z danego miesiąca. Wszystko się mieściło! Mówimy tu o czasach, gdy w OKF-ie trudno było zobaczyć jakiś film premierowy, bo jako małe kino OKF nie mógł rywalizować o pierwszeństwo z multipleksami. Tę niedogodność kino zamieniało w swój atut – starsze filmy były starannie wybierane i układane w ciekawe przeglądy tematyczne, autorskie, historyczne itp. Dziś już z tej tradycji pozostał bodaj tylko jeden przegląd „Co Ty wiesz o kobiecie…?” W tamtych czasach broszury miały ambicje być publikacjami opiniotwórczymi.
        Potem przyszedł czas na ewolucję graficzną – odstąpienie od formy „siermiężnej” na rzecz atrakcyjnych wizualnie, ale nadal informacyjnych broszur. Ostatnio widzowie mieli do wyboru nawet dwie postaci broszur – bardziej elegancką, z ładnym layoutem oraz wersję kieszonkową, mało-formatową i prostszą. Od stycznia znów zmienił się wygląd broszur, wrócił tradycyjny sposób składania, ale wyróżnia je żywa kolorystyka i czytelny układ treści. Jedno jest pewne – nakład nigdy nie wystarcza na potrzeby wiernych widzów OKF.
         Joanna Matyja
        
        
         W czasach przed-internetowych, do informacji o repertuarze OKF docierało się innymi ścieżkami. Obok zapowiedzi w prasie, czy też krótkich opisów w specjalnie opracowywanych przez OKF broszurach – najpewniejszym źródłem informacji, a także opinii o filmach była pani Halina, wieloletnia kasjerka OKF. Bilety do kina były wówczas sprzedawane nie w osobnym boxie, ale przy małym stanowisku pomieszczonym tuż przy wejściu na salę kinową, przed schodami. Z kasjerką miało się zatem kontakt bezpośredni, co bardzo często sprzyjało krótkim pogawędkom przed seansem. Wielu widzów traktowało recenzje Haliny bardzo poważnie – zarówno pochwalne, jak i te z delikatną sugestią, że film może nie spełnić oczekiwań. Także po seansach ten i ów schodził jeszcze do Haliny, żeby podzielić się z nią swoimi wrażeniami. Większość stałych widzów była przez nią pamiętana i każdy traktowany jak dobry znajomy.
        Raz jeden postanowiłam nie posłuchać opinii pani Haliny. Na seans filmu Magnolia Paula Thomasa Andersona przyszłam z moją jedenastoletnią córką. O filmie trochę wiedziałam, że to epicka opowieść o jednym dniu z życia kilkorga ludzi, że stylem nawiązuje do filmów Roberta Altmana. Bardzo chciałam ten film zobaczyć, a że córka była ze mną trochę przez przypadek, postanowiłam upewnić się u Haliny, czy młodziutki widz poradzi sobie z tym filmem. Niepewność w jej głosie powinna mi dać do myślenia, ale wbrew jej sugestii, jednak kupiłam dwa bilety. I to był błąd, a dla mnie nauczka, że rodzicielski dobór filmów powinien być bardzo przemyślany. Bo już nawet nie chodziło o to, że znakomity film Andersona był po prostu za długi i z trudny (splątane powiązania między bohaterami, ich niełatwe losy) jak na jedenastolatkę, mniej też o obecną w dialogach liczbę wulgaryzmów czy scen nie do końca obyczajnych (to byłam w stanie jej wytłumaczyć). Najbardziej przeraziła mnie moc emocjonalna tego filmu, która w pełni ujawniła się w ostatniej, metaforycznej scenie: deszcz żab spadających z nieba na domy, na trawniki, na samochody, na bohaterów… Córka długo nie mogła zapomnieć ani tej sceny, ani zapomnieć mnie, że ją naraziłam na taki lęk i emocje…
        Joanna Matyja
        
        
         Przed laty OKF nie działał przez cały sierpień. Oczywiście było to podyktowane względni organizacyjnymi (urlopy itp.), ale miało też swój inny, nie mniej ważny powód. Bo czy ktoś pamięta jeszcze seanse w OKF w upalne letnie dni? Przy kupowaniu biletów było jeszcze jako tako, choć każdy narzekał na upał. Dopiero przy wstępowaniu na schody prowadzące do sali kinowej, widz uświadamiał sobie powoli, na co się porwał. Było to jak dobrowolne wchodzenie do rozgrzanego piekarnika, gdzie trudno było oddychać, a co dopiero skupić się na filmie. Ale to były czasy, gdy naprawdę liczyła się możliwość obejrzenia dobrego filmu, bez względu na warunki odbioru; widzowie się nie zrażali i do OKF-u przychodzili. Operatorzy próbowali choć trochę ratować sytuację, otwierając między seansami drzwi naprzeciwko siebie, żeby wywołać zbawczy przeciąg. Nie trzeba dodawać, ze skuteczność tych działań była tylko chwilowa, a filmy oglądało się wachlując, czym popadnie.
        Kiedy wreszcie miasto przeznaczyło fundusze na zakup i montaż klimatyzatora – euforia była tak wielka, że nawet ci, którzy marzli w nadmiernie tym razem wychłodzonej sali (operatorzy, którzy sterowali klimatyzacją, też dali się ponieść euforii:), nie zgłaszali pretensji i cierpieli w milczeniu…
         Joanna Matyja
        
        
         Mój azyl
         Mam taki stary zeszyt. Teraz już całkiem pożółkły i bez okładek. Te zapiski zaczynają się w 1990 roku. Byłem wtedy w maturalnej klasie. Pierwszy wpis, który tam sobie zanotowałem, pochodzi z 2. marca tegoż roku i dotyczy legendarnego filmu „Obywatel Kane” Orsona Wellesa. Następny jest o jeden dzień późniejszy i dotyczy filmu „Tam, gdzie rosną poziomki” Ingmara Bergmana. Obok tytułu i krótkiej informacji o filmie wklejony tak samo żółty jak kartki zeszytu bilet z fioletową pieczątką: Ośrodek Kultury Filmowej. Wobec takiego repertuaru byłem bez szans – zostałem kinomaniakiem i mam tak do dziś.
         Nie pamiętam, jaki był pierwszy film, który obejrzałem w OKF. Mogło to być „Porno” Marka Koterskiego, co w powiązaniu z faktem, że ostatnim obejrzanym przeze mnie tutaj filmem była „Nimfomanka cz.II”, stanowi niewątpliwie ciekawą klamrę dla moich wizyt w tym wyjątkowym miejscu. Ale równie dobrze mógł to być „Werdykt” Sidneya Lumeta, a może ”Dawno temu w Ameryce” Sergia Leone, głośne wtedy „Przesłuchanie”Ryszarda Bugajskiego, pamiętam też pokoleniowy film Magdaleny Łazarkiewicz „Ostatni dzwonek” i spotkanie z reżyserką. Nie pamiętam, który z tych filmów widziałem w OKF-ie jako pierwszy, ale zawsze było to dobre kino. Ratowało mnie to wiele razy przed komercyjną ofertą kinową, która królowała na dużym ekranie w latach 90. W OKF zawsze można było od tego uciec. I tak pozostało do dziś.
         W pierwszych latach istnienia Ośrodka była to głównie klasyka – przeglądy reżyserów, projekcje filmów takich jak „Lot nad kukułczym gniazdem”, „Łowca jeleni” czy „Amadeusz” wypełniały szczelnie salę kinową, ale zazwyczaj wszyscy jakoś się mieścili, siadając, gdzie tylko była odrobina wolnego miejsca. Pamiętam taki przegląd „Młodzi i wartości” - do dziś mam program wystukany na maszynie do pisania. W repertuarze takie oto filmy: „Hair”, „Samotność długodystansowca”, „Do utraty tchu”, „Narkomani”, „Absolwent”, „Billy Kłamca”. Takich tematycznych przeglądów jest dziś trochę mniej i , nie będę ukrywał, brakuje mi tego. Cóż, pewnie ciężko byłoby przyciągnąć dziś widzów starymi tytułami.
         Szanuję OKF za jeszcze jedną ważną rzecz. Zdarzało się czasem, że na seansie byłem sam albo towarzyszyły mi jedna czy dwie osoby. W takiej sytuacji nigdy nie zdarzyło się, by seans odwołano. Oczywiście były to najlepsze filmy na świecie. I to cudowne wrażenie, gdy byłem z tym absolutnym arcydziełem sam na sam w sali kinowej . Oglądanie filmów w domu, choćby na najlepszym HDw3D na „blureju”, zawsze pozostanie dla mnie czymś pośledniejszym od wizyty w kinie. Sory, taki mam klimat, a wszystkiemu winien OKF. To tutaj nauczyłem się, co to znaczy uciec na chwilę od świata w mrok sali projekcyjnej.
         Z sytuacji nieco dziwnych, ale takich co to zapadają w pamięć, przypominam sobie moment, całkiem niedawno to było, siedzę w OKF, koreański film „Arirang” podczas przeglądu z festiwalu Nowe Horyzonty. Było już dość późno, ja jakiś zmęczony, bohater filmu od godziny chodzi po swoim domu na bosaka , rozmawia sam ze sobą, je rybę, popija kawę. Nagle czuję za sobą znajomy z multikina zapach popkornu, słyszę charakterystyczne bulgotanie w kubkach z napojami, rozlegają się dźwięki głośnych rozmów i śmiechy. Wyciągam z kieszeni nóż sprężynowy... I nagle następuje ocknięcie z chwilowej drzemki, która była jak koszmar. W poświacie blasku bijącego z ekranu widzę łysiny „wiernych kinomanów” - są tacy jak ja , wszystko jest znowu na swoim miejscu. Gość z filmu „Arirang” dalej chodzi na bosaka po domu i rozmawia sam ze sobą. I już wiem, kiedy przestanę przychodzić do OKF-u, dziś Kina Studyjnego „Iluzja” z cyfrowym projektorem i dźwiękiem Dolby Surround – niech tylko zaczną w holu podawać popkorn i colę w litrowych kubkach... Póki co pozostaję „wiernym kinomanem” - tylko tutaj mogę znaleźć tę magię, której oczekuję od kina.
         Sławomir Domański
        
        
         Częstochowski OKF kończy 25 lat. Taka historia! Jubileusz radosny i ważny. Od dawna na lewo i prawo opowiadam, że nie wyobrażam sobie tego miasta, bez tego kina – zatem jako prawdziwy fanboy z okazji jubileuszu postanowiłem wysmażyć notkę.
         Miło się te wspomnienia czyta. Sławek pięknie napisał.
         Nie pamiętam swojego pierwszego filmu w OKF... Pamiętam za to wizytę, która odmieniła moje postrzeganie tego miejsca, moje myślenie o kinie w ogóle. Od tamtego momentu sztuka filmowa stała się zdecydowanie czymś więcej niż tylko rozrywką. To była końcówka lat 90., dokładnej daty nie pamiętam, ale chodziłem jeszcze do liceum. Któryś kumpel namówił mnie na przegląd filmów Davida Lyncha. Pamiętam, że karnet zrobił porządną dziurę w moim młodzieńczym budżecie. Jednak zdecydowanie było warto. Pierwsza była „Głowa do wycierania” - mam teorię, ze to właśnie ten obraz zwichrował moją osobowość. Podczas seansu gapiłem się w ekran jak zaczarowany, za to wyszedłem z kina zły i zniesmaczony. Pytałem się: co to było? Po co to było? Ale debiut Lyncha nie dawał mi spokoju. Męczył i siedział z tyłu głowy. Tak że kilka dni później jak już przegląd się skończył, byłem już wielkim fanem tego obrazu. A to był dopiero początek: „Człowiek Słoń”, „Diuna” (zdaje się w tej dłuuugasnej wersji), „Blue Velvet”, „Dzikość Serca”, „Twin Peaks. Ogniu krocz za mną”. Bardzo skondensowana dawka, dość wymagającego kina. Czy była już tam wtedy w zestawie „Zagubiona Autostrada”? Chyba tak, ale do końca nie pamiętam.
        Filmy były puszczane w pakietach po dwa, a to nie są krótkie filmy i była to jeszcze w OKFie epoka starych niewygodnych foteli. Z sali wychodziło się zarówno obolałym fizycznie jak i psychicznie. Ale za to wychodziło się w pełni szczęśliwym. To wtedy nauczyłem się, że w kinie ważna jest atmosfera, skupienie i twórczy odbiór. To w OKFie przekonałem się, że filmy powinny pytać, męczyć, ranić, nie dawać spokoju! Powinny być zdecydowanie czymś więcej, niż tylko miłym tłem do konsumowania popcornu i coli. Jest okazja więc oficjalnie chciałem OKFowi podziękować za tamten przegląd i ważną lekcję jak należy odbierać Kulturę. OKFie trwaj wiecznie!
        Od Lyncha się zaczęło i potem już wpadłem w sidła. OKF stał się kierunkowskazem, co warto oglądać, czego warto spróbować. Tak jest do dzisiaj. Jestem częstochowianinem, ukształtował mnie OKF – myślę, że wiele osób podpisałoby się pod takim hasłem. Ja się podpisuję!
         Adam Florczyk
        
        
         Pamiętam dokładnie seans filmu „SERCE NA DŁONI” w reżyserii Krzysztofa Zanussiego. Jednym z bohaterów jest młody chłopak, któremu splot fatalnych wydarzeń takich jak zawód miłosny czy utrata pracy, odebrały chęci do życia, a jego pojawiające się myśli samobójcze były na rękę innym bohaterom filmu. Bohater, któremu nie udało się zupełnie nic, również próba zakończenia przez niego marnej egzystencji zakończyła się niepowodzeniem. Po zakończonym seansie, kiedy na sali zapalono światło, jedna z dziewczyn siedzących z przodu, obróciła się w moja stronę i ze zdziwieniem w oczach powiedziała do swoich koleżanek: „dziewczyny patrzcie, to ten koleś z filmu”. W tym momencie poczułem jak wszyscy pozostali widzownie kierują wzrok w moją stronę :) Nie zastanawiając się nad podobieństwem do bohatera z ekranu, stwierdziłem, że faktycznie nic mu się w życiu nie udało, nawet sobowtór … i wszyscy ze śmiechem opuścili salę kinową :)
         Le.
        
        
        Poniżej moje OKf-owe wspomnienie. Jesteście moim wyjątkowym miejscem w Częstochowie: )
        Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek oglądać film w kinie w pojedynkę? Moim „prywatnym” seansem w Iluzji był „Koń turyński” Bela Tarra. W komercyjnym kinie seans pewnie by się nie odbył, a w Iluzji obejrzałam film dzieląc salę jedynie z „Wiernymi kinomanami” (Pamiętacie? To Ci łysi panowie w brązowych marynarkach z instalacji plastycznej Elżbiety Chodorowskiej „Spectators”, którzy towarzyszą każdemu seansowi wyświetlanemu w Iluzji). Iluzja jest dla mnie miejscem magicznym. Przychodzę tu najchętniej w pojedynkę, zajmuję „swój fotel” i uciekam od prozy życia. 5 fotel w III rzędzie – moje miejsce śmiechu, refleksji i wzruszeń. 5 fotel w III rzędzie – mój magiczny świat dobrego kina…
        Pozdrowienia dla dyrekcji i wszystkich pracowników
        Anna Frączek
        
        
         Jako wierna fun-ka OKF-u pragnę się podzielić dwoma sytuacjami które przemiło wspominam i opowiadam znajomym. W roku nie pamiętam którym ale którymś letnim chyba miesiącem wybiegłam z pracy prosto do kina na film Undergrund i wiedząc że jestem około 15 minut spóźniona wpadam do kasy i pytam czy dawno zaczął się film. Na to pani odpowiada: Nie, właśnie na panią czekamy. Okazało się że jeszcze nie ma projekcji bo było za mało osób i ja byłam tą brakującą nie pamiętam 3,4 czy 5-tą osobą. Było mi bardzo miło :)) Drugie wspomnienie to przed projekcją filmu wstępowałam do kawiarni obok kina prosiłam o lampkę wina do kina a następnie wchodząc do kina pytałam czy mogę z winem, pan który sprawdzał bilety mówił że owszem tylko prosi aby uważać na fotele i w ten sposób sącząc wino oglądałam film a po odnosiłam szkło do kawiarni :)) Niestety ostatnio jak zapytałam w tej samej kawiarni, pani już mi nie sprzedała, szkoda. Bardzo dziękuję za wszystkie przemiłe wrażenia w ciągu tych wszystkich lat.
        Pozdrawiam serdecznie
        Henryka Czyż
        
        
        OKF w Częstochowie to miejsce, które jest w naszym życiu ważne. Często wspomnienia wracają do chwili, kiedy to po skończonym seansie, ja i obecny mój mąż, wychodziliśmy z kina i spotykaliśmy się wzrokiem. Zawstydzeni od razu odwróciliśmy się, potem znowu spojrzeliśmy na siebie i zmieszani znowu skierowaliśmy wzrok w inną stronę, aż w końcu, kiedy spojrzeliśmy trzeci raz, to niemalże razem wybuchnęliśmy śmiechem. Ja byłam wtedy zraniona po nieudanym związku, nieznajomy, jak się później kazało, przeżywał porażkę, bo porzuciła go dziewczyna. Oboje, ale każdy z osobna postanowiliśmy odreagować stresy na seansie filmowym. I tak nasze drogi się zeszły. Od tej pory jesteśmy razem, a nasze życie małżeńskie to jak film- komedia romantyczna, nieraz jest śmiech, nieraz płacz, ale zawsze za rękę, jakbyśmy wychodzili z kina po skończonym seansie.
        Wielbicielka kina.
        
        
        Ośrodek Kultury Filmowej został powołany do życia, kiedy piszący te słowa uzupełniał edukację w szkole podstawowej w znajdujących się na Śląsku Tychach. Miasto mojego zamieszkania do dziś nie ma szczęścia do kultury, w zamierzchłym roku 89, też "na bogato" nie było i by uczestniczyć w seansach Dyskusyjnego Klubu Filmowego musiałem dojeżdżać do pobliskich Katowic. Początek przygody ze światem filmu osiągnął apogeum na Forum Wokół Kina w Rzeszowie - konferencji dla kadry kierowniczej instytucji kultury. Miałem wówczas za sobą studia filmoznawcze i głowę pełną marzeń. Tam też po intensywnym dniu projekcji filmowych, spotkań z dystrybutorami, na bankiecie poznałem Iwonę Kwincińską. Po krótkiej rozmowie okazało się, że mamy wiele wspólnego. Identyczne wykształcenie, podobne zdanie na temat edukacji filmowej a OKF znajduje się w mieście mojego dzieciństwa (w Częstochowie mieszkają moja babcia i ciotka). Brakowało mi jednak śmiałości, by zaproponować współpracę. Iwona wyczuła moje skrępowanie i zaproponowała...partię kręgli! Zasady gry znałem, ale doświadczenie w kulaniu kuli miałem "krótkometrażowe". Jest zatem godzina tuż przed ranem, kręgielnia, moje "pobankietowe" zmęczenie i rozmowa o strategicznym znaczeniu. Napięcie sięga zenitu. Finału niestety nie pamiętam. Wiem jednak, że skutkiem owego kręglowego spotkania był samodzielny program edukacji filmowej dla OKF-u, którym, dzięki pracowitości opiekuńczej Małgosi Stasikowskiej-Lis dotarłem do 3000 tysięcy uczniów. Iwona, Małgosia, Ośrodek Kultury Filmowej są zatem ojcem (lub matką) Interdyscyplinarnego Programu Edukacji Medialnej KinoSzkoła. Aktywności za którą 16 września 2014 na Festiwalu Filmowym w Gdyni otrzymaliśmy, wraz z ukochaną żoną Joanną Zabłocką-Skorek nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii edukacji młodego widza. Najważniejsze wyróżnienie dla edukatorów filmowych w Polsce wynika się z częstochowskich doświadczeń. Od kręgielnię do Gdyni minęło 10 lat. W Tychach do dziś brak DKF-u...
        Z życzeniami dalszych sukcesów dla wszystkich pracowników Miejskiej Galerii Sztuki i Kina Iluzja
        dr Marcin Skorek
        
        
        Sentymentalno-dydaktyczne smęty
        Pierwsze skojarzenia: kino-magia, OKF-miejsce dla wszystkich ciekawych świata i siebie, dla wrażliwych i myślących. Miejsce, dzięki któremu można zobaczyć filmy często trudne, ale zawsze poruszające do głębi. Dlaczego moje wspomnienie zaczyna się z górnego „C” i brzmi jak laurka?
        Przychodziłam, przychodzę i będę przychodziła do OKF-u dopóki starczy sił i kasy! Przez całe lata mojej pracy zawodowej zachęcałam studentów do tego, abyśmy wzbogacili nasze zajęcia i obejrzeli ważny film związany z problemami człowieka. Moi studenci bardzo lubili tą formę zajęć (mam nadzieję, że nie tylko z tego powodu, aby uciec od kredy i tablicy?!). Starannie wybierałam filmy, po projekcji w ramach zajęć zawsze długo dyskutowaliśmy. Było, na przestrzeni lat, tych filmów dużo. Pamiętam, gdy mój kolega po wyjściu z filmu M. Piekorz „Pręgi” długo się nie odzywał, aż wreszcie wydusił: „ W ojcu zobaczyłem siebie i moje relacje z synem, tak nie może być”. Ale chyba najbardziej zapamiętałam naładowany emocjami seans filmu K. Krauze „Dług”. Jeden z moich studentów znający przecież mechanizmy rodzenia się agresji i przemocy w sali wypełnionej absolutną ciszą krzyknął „ Zabij go, wreszcie będziesz wolny…”. Długo po projekcji „przegadaliśmy” problem. Mam nadzieję, ze moje wspomnienia nie brzmią jak „dydaktyczny smrodek”, to cała prawda.
        Lubię to miejsce, spokojne, kameralne, z zawsze starannie dobranym repertuarem. Oby żyło wiecznie!!!
        Dr Beata Zajęcka, AJD
        
        
        Nie liczę rzeczy drobnych, jak choćby jakiejś tam bajki (tytułu nie pomnę), pełnej straszydeł, kiedy to w ciemności sali kinowej drżący dziecięcy głosik oznajmił nagle bardzo stanowczo: - Babciu, a ja się wcale nie boję... Poza takimi drobiazgami, szczególne wspomnienia związane z Ośrodkiem Kultury Filmowej mam dwa. Jedno jest – by użyć terminologii kinowej – romansem, drugie – horrorem. Od drugiego zacznę. Filmem była „Siódma pieczęć” Bergmana. Niestety, sporą część seansu spędziłam pod fotelami, wcale nie dlatego, że z ekranu wiało grozą. Bynajmniej. Do kina wystroiłam się w nowe korale – sznur akwamarynów, które niewiele wcześniej dostałam od ciotki. Kamyki były wielkości i kształtu sporych wiśni, razem ciężkie jak diabli, za to śliczne. Widownia okazała się pustawa – ot, trzy rozchichotane dziewczyny, ze dwie pary w ostatnim rzędzie, jakiś pan i ja. Zrobiło się ciemno, niedługo potem zrobiło się ponuro, dziewczynom chyba głupio było chichotać, posiedziały, posiedziały i wyszły, żeńska część jednej z par szemrała, że też chce do domu … Właśnie ten moment moje akwamaryny wybrały, by posypać się nagle na podłogę: sznurek nie wytrzymał ich ciężaru. Zadziałały błyskawicznie, bez szans na interwencję, ryms i już. Zagrzechotały w ciemności i zniknęły. Niby nie problem. Można zaczekać do końca filmu i poszukać niesfornych kuleczek, gdy zabłyśnie światło. Ale mnie stanęła w oczach słynna scena: „Czarownice z Eastwick”, komuś pęka naszyjnik z pereł, te mkną po podłodze, wprost pod nogi świętoszkowatej damy, ona traci równowagę i spada ze schodów, spektakularnie łamiąc sobie prawie wszystko. Nie mogłam pozwolić, by to samo stało się w OKF-ie. Zwłaszcza że ktoś jeszcze mógł nie wytrzymać konfrontacji z Bergmanem i opuszczać salę po ciemku, bez szans na dostrzeżenie pułapki. Pomacałam stopą pod fotelem z przodu; żadnych akwamarynów w polu macania. No to wlazłam między krzesła. Widno to tam nie było, zwłaszcza że film czarny. Sprawdziłam swój rząd, następny... Mężczyzna z przodu zwrócił uwagę na te manewry. Gdy dopełzłam za jego fotel, odwrócił głowę i zapytał gniewnie, co ja (cytuję) do jasnej cholery wyprawiam. Równie wściekła, nie bacząc, że fikcja nałożyła mi się na rzeczywistość, odsyczałam: - Pereł szukam. Pękły mi. Gość zastygł. I nagle widzę, że pomacał noga przed sobą... A potem wlazł między krzesła. Może myślał, że to prawdziwe perły? Prawie wszystkie koraliki wyłuskaliśmy spomiędzy nóg kinowych foteli. Nawet jeśli coś zostało, nikt się nie połamał. Przynajmniej nie doszły mnie o tym słuchy. Drugie wspomnienie przechowuję troskliwie: to moja najpiękniejsza kinowa przygoda. Na seansie „Pokoju z widokiem” Jamesa Ivory’ego było pustawo. Już po zgaszeniu świateł doszły jeszcze dwie panie i usiadły dwa rzędy przede mną. Troszkę to trwało, ale w końcu poczułam ich obecność - dosłownie. Któraś z pań (może obie) miała cudownie pachnące perfumy - nie za ciężkie, nie za słabe, eleganckie, wyrafinowane wręcz. To było jak kinowy raj: przed oczami piękne obrazy (rozświetlone słońcem łany jęczmienia, w perspektywie Florencja, na pierwszym planie Lucy w białych koronkach), w uszach boska muzyka, bo Kiri Te Kanawa śpiewa „Chi il bel sogno di Doretta” Pucciniego, a wokół unosi się ta woń... Panie wyszły nie czekając końca napisów. Nie wiem, czym pachniały. Obeszłam wszystkie perfumerie w mieście, ale poszukiwania nie zdały się na nic. „Pokój z widokiem” mam na półce. Czasem wkładam płytę do odtwarzacza, gaszę światło i oglądam. Wtedy gdzieś z zakamarków pamięci wypływa też zapach...
        Joanna Skiba